Pułapki i sztuczki bankowców, którzy chcą wycisnąć Cię jak cytrynę!

Fot. by Александра on Reshot

Stare porzekadło głosi, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Na pewno nie można ich natomiast szukać w banku, bo celem każdej instytucji finansowej jest po prostu zarabianie pieniędzy – a w tej strategii nie ma miejsca na sentymenty. Bankowcy stosują przeróżne sztuczki i zastawiają bardzo wymyślne pułapki, byle tylko wycisnąć klienta jak cytrynę. Na co trzeba szczególnie uważać? Przygotowałem listę takich zagrożeń i zachęcam do uważnej lektury.

Dlaczego w kontaktach z bankiem trzeba się kierować ograniczonym zaufaniem?

Na szczęście obserwuję, że młodsze pokolenie jest coraz bardziej świadome tego, jak właściwie funkcjonują banki. Wielu moich znajomych dobrze wie, że bank to po prostu ładnie opakowany biznes, a nie żadna instytucja zaufania publicznego. Ci, którzy naiwnie w to wierzą, prędzej czy później przekonają się, jaka jest prawda.

Pamiętacie mój artykuł, w którym udowadniałem, że lojalność wobec banków się nie opłaca? W komentarzach potwierdzaliście tę tezę. Wybierając jakąkolwiek ofertę bankową trzeba sobie zawsze zdawać sprawę, że korzystne warunki za chwilę zostaną przebite przez konkurencję. Liczenie na to, że bank zadba o swoich stałych klientów, jest – przepraszam za dosadność – głupotą. Nie potrafię zrozumieć osób, które przez np. 20 lat mają konto w jednym banku, płacą horrendalne kwoty za prowadzenie rachunku, ale nie widzą potrzeby zmiany takiego stanu rzeczy.

Podstawą w kontaktach z bankiem jest wyjście z założenia, że pracownik tej instytucji wcale nie ma zamiaru nam pomóc. On ma ustalony plan sprzedażowy i musi stanąć na głowie, byle tylko wcisnąć produkt określonej liczbie klientów. Stąd naginanie faktów, przemilczanie niewygodnych kwestii i nawijanie makaronu na uszy. Niestety, bankowcy mają bardzo ułatwione zadanie, ponieważ sami klienci nie grzeszą dociekliwością, są podatni na reklamy i chcą wierzyć, że ten miły pan w ładnie skrojonym garniturze na pewno nie wpuści ich w maliny.

Najbardziej perfidną zagrywką ze strony banków jest żerowanie na indolencji ekonomicznej klientów. Wystarczy w ofercie podstawić kilka danych, dodać procent do drugiej liczby po przecinku i użyć skomplikowanego słownictwa, aby przeciętnego klienta rozbolała głowa. Co się wtedy dzieje? Co bardziej nieufni postanowią rozłożyć ofertę na czynniki pierwsze, ale mnóstwo osób po prostu zawierzy bankowi zakładając, że ten przecież ich nie oszuka. To strasznie naiwne.

Przy okazji zaproszę Was jeszcze do lektury mojego artykułu, w którym wymieniłem najczęstsze pułapki, jakie na klientów zastawiają banki oferujące słynne raty 0%.

Kuszenie niską ratą kredytu

Jest to prawdopodobnie najczęściej stosowany trik. Wystarczy przyjrzeć się reklamom różnych pożyczek i kredytów, które obiecują bardzo niską ratę miesięczną w zamian za otrzymanie sporego zastrzyku finansowego. Na taką obietnicę można się łatwo nabrać, ale po kolei.

Kiedy bank może zaproponować bardzo niską ratę kredytu? Tylko wtedy, gdy obniży swoją marżę – czyli to, na czym zarabia. Teraz zastanówcie się. Czy bank jest instytucją charytatywną i ot tak, dla kaprysu, zaproponuje klientowi niewiarygodnie wręcz niską marżę? Oczywiście, że to absurd.

Ranking najlepszych: Grudzień 2018

Najlepsze lokaty, konta i oferty - grudzień 2018

Niska marża to skuteczny wabik na klientów, dlatego banki chętnie z niego korzystają, ale jednocześnie muszą zadbać o swój interes ekonomiczny. Bank odbije sobie to na prowizji. Tutaj układ jest niezmienny:

Niska marża -> wysoka prowizja
Brak prowizji -> wysoka marża

Aby wiedzieć, co bardziej się opłaca, należy to dokładnie policzyć. Z reguły jest tak, że płacenie prowizji w zamian za niską marżę nie kalkuluje się osobom, które i tak planują szybko spłacić kredyt. Dobrze widać to na przykładzie kredytu hipotecznego.

Załóżmy, że zamierzamy zaciągnąć kredyt na 30 lat w kwocie 200.000 złotych. Bank oferuje niską marżę, ale w zamian żąda prowizji w wysokości np. 5000 złotych. Wiele osób uzna takie rozwiązanie za korzystne, bo przecież teoretycznie lepiej jest ponieść jakiś koszt na starcie, ale później zapewnić sobie dość niskie opłaty stałe przez cały okres obowiązywania umowy. To jednak nie zawsze tak działa.

Jeśli kredytobiorcy zamierzają spłacić kredyt przed czasem, np. po 10 latach, to niemal pewne jest, że nie skonsumują zysku z tytułu niższej marży. W takim przypadku korzystniej będzie więc zgodzić się na nieco wyższą marżę i nie płacić prowizji – te pieniądze mogą zostać przeznaczone akonto przyszłej spłaty lub stanowić zabezpieczenie finansowe na czarną godzinę. Mało tego. Zawsze warto policzyć, czy przypadkiem cała kwota prowizji, która trafi na nawet słabą lokatę, w całym okresie obowiązywania umowy nie przyniesie większych zysków, niż oszczędności z tytułu niższej marży.

Piętrzenie problemów przy ewentualnej wcześniejszej spłacie kredytu

Na moim blogu wielokrotnie już nawiązywałem do podstawowej zasady, jaką powinien się kierować każdy kredytobiorca zaciągający kredyt hipoteczny. Nigdy nie należy zakładać spłacania zobowiązania przez cały okres obowiązywania umowy. Lepiej jest narzucić sobie plan wcześniejszej spłaty, bo to po prostu bardzo się opłaca. Im krócej spłacamy kredyt, tym mniej nas on kosztuje.

Nawet jeśli kredytobiorcy nie będzie stać na odłożenie kwoty umożliwiającej wcześniejszą spłatę kredytu w całości, zawsze warto go przynajmniej nadpłacać. Liczą się nawet drobne kwoty. Pokażę to na prostym przykładzie.

Zaciągamy kredyt w wysokości 200.000 złotych z marżą 1,70%. W przybliżeniu przez cały okres kredytowania oddamy bankowi aż 340.000 złotych. Jeśli nadpłacimy jednorazowo na początku kredyt w kwocie tylko 1000 złotych, to realnie jego koszt spadnie o prawie 1700 złotych. Załóżmy, że uda się robić takie nadpłaty co rok przez 30 lat. Oznacza to, że sumarycznie koszt kredytu spadnie o ponad 40.000 złotych – a to wszystko przy relatywnie niewielkim wysiłku finansowym.

W teorii wygląda to fajnie, ale niestety banki są bardzo cwane i już dawno się zorientowały, że trzeba uszczelnić system umożliwiający klientom bezproblemowe nadpłacanie czy wcześniejsze spłacenie kredytu. Stąd w umowach kredytowych pojawiają się różne kwiatki. Na przykład:

  • Pobieranie prowizji od wcześniejszej spłaty, jeśli ta nastąpi w okresie do 3 lat od podpisania umowy kredytowej;
  • Narzucanie przez bank, czy nadpłata skraca okres obowiązywania umowy czy też obniża miesięczną ratę kredytu;

Takie zapisy są oczywiście niekorzystne dla klienta i warto je negocjować, bo to może de facto zadecydować o finalnym koszcie kredytu.

Cross selling

Cross selling to nic innego, jak wciskanie klientowi dodatkowych produktów bankowych do kredytu. Choć zgodnie z prawem bank nie może uzależniać pozytywnej decyzji od tego, czy klient zdecyduje się np. założyć w nim konto, to rzeczywistość pokazuje nam coś zgoła innego. Banki bardzo sprytnie „sugerują” klientom silniejsze wiązanie się z nimi poprzez różnego rodzaju zachęty.

I tak: bank może np. zaproponować delikatne obniżenie marży w zamian za to, że klient zdecyduje się wziąć kartę kredytową. Normą jest też dodawanie do kredytu różnego rodzaju produktów ubezpieczeniowych – szczególnie popularne jest ubezpieczenie od utraty pracy.

Choć tego typu produkty niekoniecznie muszą być nieopłacalne dla klienta, to za każdym razem warto sprawdzić, czy bank nie próbuje nam podrzucić zgniłego jaja. Absolutnie nie wolno wierzyć doradcy na słowo!

Drakońskie opłaty dodatkowe

Można się z nimi spotkać nie tylko w umowach kredytowych. Banki osiągnęły mistrzostwo w zarabianiu na różnych usługach pobocznych. Świetnym przykładem będzie tutaj chociażby monit w sprawie spóźnienia się z płatnością raty za sprzęt czy kredyt hipoteczny. Spotkałem się z przypadkami, w których bank wycenia takie pisemko na 300 (!) złotych.

Dodatkowe opłaty są naliczane także m.in. za aneksowanie umowy, wydanie duplikatu karty płatniczej, zlecenie przelewu przez infolinię czy zbyt niski wpływ na konto w danym miesiącu. Trzeba na to bardzo uważać i we własnym zakresie podpytać, czy bank stosuje takie „bonusy” – doradca najpewniej się na ten temat nawet nie zająknie, o ile w ogóle dobrze zna sprzedawaną przez siebie ofertę (a z tym bywa bardzo różnie).

Hocki-klocki z RRSO

RRSO, czyli Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania, to kluczowy parametr określający faktyczny koszt kredytu. Każdy bank, SKOK czy firma pożyczkowa ma obowiązek poinformowania klienta o tym, ile wynosi RRSO dla danego produktu. Problem w tym, że np. RRSO 7% nie wygląda już tak fajnie, jak oprocentowanie 0%. Stąd instytucje finansowe na wszelkie sposoby kombinują, jak tu skrzętnie ukryć różne opłaty wpływające na koszt kredytu, ale zgodnie z ustawą niezaliczane do RRSO.

W przypadku kredytu hipotecznego może to być np. wspomniana opłata za wcześniejszą spłatę kredytu, prowadzenie konta czy za kartę płatniczą. Niby drobiazg, ale przecież to także są pieniądze, które wyfruną z portfela klienta.

Oferta limitowana

Z tego triku korzysta każdy marketingowiec, a banki opanowały go do perfekcji. Jeśli słyszymy z ust doradcy, że proponowane warunki za chwilę przestaną obowiązywać, to można w ciemno założyć, że to blef. Co więcej, limitowane oferty często są promowane tylko po to, aby skusić jak najwięcej klientów przed wprowadzeniem nowego, jeszcze lepszego produktu. A o tym doradca na pewno już nie poinformuje.

Warto również pamiętać, że oferta – zwłaszcza w przypadku kredytów hipotecznych – zawsze podlega negocjacjom. Im mocniejsze argumenty ma klient (np. wysoki wkład własny czy solidne zabezpieczenie), tym większe są szanse na wywalczenie korzystnych warunków, niezależnie od trwania aktualnej „promocji”.

Wniosek? Bankowiec nie jest i nigdy nie będzie przyjacielem swojego klienta. Do wszelkich kontaktów z bankami należy więc podchodzić bez emocji, kierując się wyłącznie chłodną kalkulacją. Bank i tak na nas zarobi, ale warto zrobić wszystko, by ten zarobek był możliwie najniższy.

Nie daj się wycisnąć! Jeśli rozważasz zakup wymarzonego mieszkania lub domu i chcesz świadomie wybrać najlepszą dla Ciebie ofertę kredytu, proponuję zainteresowanie się kursem Kredyt hipoteczny krok po kroku, który w bezpieczny sposób pomoże Ci zrealizować marzenie o własnym mieszkaniu czy domu. W kursie poznasz sztuczki bankowców oraz sposoby dzięki którym, oszczędzisz znaczne sumy na kredycie mieszkaniowym.

Spotkaliście się z takimi sztuczkami ze strony banków? Może wpadliście kiedyś w pułapkę zastawioną przez sprytnego doradcę? Macie własne pomysły na uzupełnienie tego wpisu? Zapraszam do komentowania!

13 komentarzy

  1. Myślę że w sporej części przypadków jeśli chodzi o kredyt hipoteczny, klient często przychodzi do banku w pewnym sensie „z nożem na gardle”, tzn. z ściśle określoną datą do której musi wpłacić pierwszą transzę za wybrane już i często zadatkowane mieszkanie. To powoduje że klienci boją się ostro negocjować w obawie że cała procedura będzie ciągnęła się w nieskończoność, co przy obecnie mocno napompowanym rynku nieruchomości może wiązać się z obawą że nie uda się zrealizować zakupu w terminie.

    Inna sprawa że w dużej części nie znamy siły procentu składanego, albo patrzymy na opłaty w kontekście krótkiego okresu a nie całego kredytu. Opłata za konto 12 zł? Przecież to tylko 12 zł… Nie ważne że rocznie to już prawie 150 zł a przez 30 lat złoży się to na realną kwotę…

    • Anatol myślę nie jest dobrze kiedy podpisujesz się nickiem swojej strony. Musisz trochę poczytać o pozycjonowaniu oraz myślę kultura każdego bloga wymaga tego by nie wrzucać nachalnie linku do swojej strony. Autor ZF jest wyrozumiały ale o Tobie to średnio świadczy. Przynajmniej ja tak myślę.

      • Hej, dzięki za uwagę. Czytałem trochę na ten temat i spotkałem się z różnymi podejściami do tematu. Ja dotychczas wychodziłem z założenia, że dopóki treść dyskusji jest merytoryczna i na temat, to nie jest ważne w jaki sposób komentujący się podpisuje. To troszkę na zasadzie barteru – merytoryczna dyskusja pod postem jest wartością dla bloga komentowanego, natomiast to że komuś w oko wpadnie nazwa strony autora komentarza jest wartością dla komentującego. Rozumiem też drugie podejście. Trudno mi powiedzieć które jest właściwe. Myślę że tu nie ma reguły i wszystko tak jak pisałeś zależy od wyrozumiałości autora bloga. Żeby jednak nie rozwijać dyskusji nie na temat pod merytorycznym wpisem, ten komentarz podpisuję samym imieniem ;-)

  2. Pieniądze wydają się parzyć, dlatego stosowanie np. strategii ograniczonych zasobów (mało czasu, oferta na super %, limitowana, itp.) ta łatwo rozpala w naszych umysłach kuszące wizje. Niestety większość z nas na takie manipulacje jest podatna, bo to w jakiś sposób zaprogramowane mechanizmy naszego myślenia. Dlatego najlepszą strategią przy podejmowaniu finansowych decyzji jest dać sobie czas.

    Wpis raczej adresuje kwestie kredytów hipotecznych, ale warto przy tej okazji wiedzieć, że:
    – przy wcześniejszej spłacie kredytu konsumenckiego powinniśmy od banku otrzymać proporcjonalne obniżenie i zwrot wszystkie koszty takiego kredytu. Co ważne, bank często nie chcą tego robić, ale taka jest wspólna interpretacja przepisów ustawy o kredycie konsumenckim Rzecznika Finansowego i Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
    – wzór na RRSO to prawdziwe wyzwanie matematyczne. Ustawa o kredycie konsumenckim przedstawia tak złożony zapis, że łatwo o pomyłkę – szczególnie, że zatrudnienie excela do wyliczeń nie jest dobrym rozwiązaniem, bo dla niego rok ma zawsze 360 dni i funkcja XIRR nie da dobrego wyniku.
    – same umowy mogą mieć dziury, czyli np. proceder pobierania odsetek od zapłaconej (pobranej z kwoty kredytu) prowizji.

    Kredytując życie (czy to kredytem hipotecznym, czy konsumpcyjnym) zawsze zapłaci się bankowi. Osoby analityczne przyjrzą się wszystkim kruczkom. Z kolei takie, które bardziej bazują na szybkości podejmowania decyzji, albo wrażliwsze są na kwestie emocjonalne w relacjach, będą musiały się bronić przed takim wyciskaniem.

  3. Marek

    „Oznacza to, że sumarycznie koszt kredytu spadnie o około 34.000 złotych.” Jak pan to policzył, bo wygląda na to, że nie uwzględniono wpłat w czasie tylko od razu 20tys.

    • Mateusz

      |Autor bloga

      Cześć Marku, żaden ze mnie „Pan” – po prostu Mateusz :-)
      Faktycznie się machnąłem, bo liczyłem najpierw kredyt na 30 lat, a później 20 lat. Dzięki za czujność – już poprawione!

      Dla ciekawskich – założenia:
      Kwota kredytu: 200 000
      Okres: 30 lat
      Marża: 1,70%
      WIBOR: 2,20%
      Wszystkie koszta dodatkowe, prowizje, ubezpieczenia itd. pomijam.

      Całkowita kwota do spłaty (bez nadpłat): 339 601 zł
      Całkowita kwota do spłaty z nadpłatą 1000 zł w pierwszym roku: 338 905 zł (696 zł odsetek do spłaty mniej + 1 000 zł nadpłacone)
      Całkowita kwota do spłaty z nadpłatami 1000 zł raz w roku: 329 363 zł (10 238 zł odsetek do spłaty mniej + 30 000 zł nadpłacone)

  4. Jeśli chodzi o wyciskanie cytryny to jest to praktykowane w każdej DG. Wszyscy chcą zarobić jak najwięcej najmniejszym kosztem. W tym przypadku omawiamy banki. W swoim banku mam doradcę który naprawdę daje mi dobre oferty kredytowe jeśli takie potrzebuje. Inna sprawa że po kredyty nie chodzi się dla przyjemności ale raczej z potrzeby więc automatycznie jest się na gorszej pozycji.

  5. Ja, gdy widzę o niebo lepszą ofertę przenoszę się bez większych sentymentów, mam jedno stałe konto na dogodnych dla mnie warunkach a drugie takie przechodnie, na którym co nieco udaje mi się zarobić :)

  6. Opłacalność kredytu dla banku i jednocześnie nieopłacalność dla nas jest warunkowana czasem podjęcia decyzji o przyznaniu kredytu. U mnie bank decyzję przyznawał przez prawie dwa miesiące, zanim przyznał mi najtańszy kredyt hipoteczny na 10 lat, który spłaciłem w 8. Jeżeli bank przyznaje decyzję w sekundy, to jest to dla niego wyjątkowo opłacalny interes. A dla nas powinien włączyć się alarm bo na pewno wtedy przepłacamy.

    • Słaby bank który potrzebuje dwa miesiące na decyzje albo jest druga strona monety słaby zawodnik, który stara się o ten kredyt:) Mi Bank tego samego dnia powiedział, że kredyt jest. Poprosili tylko o zorganizowanie dokumentów. I warunki myślę mam dobre.

  7. Zdecydowanie przydatne informacje – każdy powinien się mieć na baczności, gdy ma do czynienia z przedstawicielami banku. Osobiście kontakt z doradcami/konsultantami banków staram się ograniczać do minimum, ale nie tak dawno byłem zmuszony do skorzystania z „interfejsu białkowego” w oddziale mojego banku. Nie zdążyłem jeszcze wyjaśnić z jakim problemem przyszedłem, a już ładnie uśmiechająca się Pani zdążyła mi zaproponować dodatkowe konto, lokatę i obsługę VIP…
    Niestety przedstawiciele banków przed oczami mają głównie ustalone z centrali cele sprzedażowe i to się przekłada na jakość obsługi i stosowaną strategię wobec klientów. :/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *